SMART VEGAN, CZYLI HISTORIA SPEŁNIONEGO MARZENIA

Jak przejść na weganizm?

Marzenia się nie spełniają, marzenia się SPEŁNIA. Przeczytaj o tym, jak ja spełniłam swoje i… ile mi to zajęło.

Wyobraź sobie 10-letnią dziewczynkę w okularach jak denka od musztardówki. Ta mała dziewczynka bardzo lubi pisać, odkąd tylko się tego nauczyła. Teraz zapisuje kolejne zeszyty historiami, które przychodzą jej do głowy. Ma jasny cel – napisać książkę. Marzy, że stworzy opowieść, która zawojuje świat. A przynajmniej wejdzie do kanonu szkolnych lektur. I podczas gdy na lekcji języka polskiego inne dzieci będą tę jej książkę jako lekturę przerabiali, ona będzie siedziała dumna jak paw i tylko od czasu do czasu poprawi kogoś, kto źle odpowiada na pytania nauczycielki. W końcu to ona napisała tę książkę, wiec ona przecież wie najlepiej, co autor miał na myśli.

Rok 2014. Ta mała dziewczynka, która 15 lat wcześniej marzyła o napisaniu książki, jest już dorosłą kobietą.  Odłożyła marzenia na bok, pracuje w urzędzie skarbowym na umowę zlecenie i zastanawia się, co zrobić ze swoim życiem. Ale ciągle pisze. Tylko teraz nie żadnej historie, ale bloga. Takiego o wszystkim i o niczym. Trochę o sprawach damsko-męskich, trochę o tym, jak zacząć biegać, trochę o dupie Maryny. I wtedy Andrzej Tucholski samodzielnie wydaje książkę. A ona – na fali szumu wokół tego wydarzenia – postanawia, że będzie następna. No może nie z książką od razu, ale z ebookiem to na pewno! Marzenie odżywa. Plan brzmi „napiszę zbiór felietonów o sprawach damsko-męskich” i natychmiast zostaje wcielony w życie. No… przynajmniej w części. Gotowe felietony jeden po drugim idą mejlem do koleżanek z pracy, które podczas czytania to się zaśmiewają do rozpuku, to kiwają głową, że rozumieją, to wykrzykują „święta prawda!”.

czerwiec 2015. Zapał do pisania felietonów trochę minął. A może nie ma doświadczeń na kolejne? Jest za to co innego – frustracja pracą w cholernym urzędzie i nudności, gdy rano trzeba iść do pracy. Niedoszła najmłodsza autorka lektur szkolnych stawia wszystko na jedną kartę – rzuca pracę z dnia na dzień i podejmuje decyzję, że oto teraz będzie żyła z pisania. No może nie od razu w sposób, o jakim marzyła, jako brzydkie kaczątko w okularach jak Stępień, ale lepszy cyc niż nic. Tak że hey ho, let’s go, idziemy w copywriting!

wrzesień 2016. Michał Szafrański wydaje swoją książkę. Sam. Znowu ten selfpublishing się przewija… A ona? Kiedy ona wyda swoją? Takie pytanie stawia jej nowy chłopak. „W przyszłym roku”, odpowiada.

1 stycznia 2017. „No to co, piszesz książkę?” – przypomina jej chłopak. Pisze, no pewnie,  że pisze! Choć od ponad dwóch lat poradnikowo-kuliarnie pisze o weganizmie na blogu i przyciąga kolejne rzesze czytelników, postanawia powrócić do pomysłu ze zbiorem felietonów. Uruchamia więc stary laptop, gdzie to wszystko wciąż jeszcze tkwi na dysku.

Luty 2017 – przełom

To wtedy wszystko się zaczęło. To wtedy porzuciłam pomysł z felietonami (nooo, nie mówmy hop, może jeszcze kiedyś do tego wrócę, hehe) i postanowiłam wziąć na warsztat to, co od dłuższego czasu wychodziło mi najlepiej. To wtedy naprawdę na poważnie wzięłam się za pisanie książki. Nie snując mrzonki. Nie jedynie marząc. Zaplanowałam wszystko, zrobiłam research, zaczęłam pytać ludzi, patrzeć, czego brakuje (jeśli chodzi o treści), co jest potrzebne, co się przyda, odpowiedzi na co szukają ludzie. Zakasałam rękawy, spięłam poślady i…

czerwiec 2017 – skończyłam pisać swoją pierwszą książkę!!!

No ale prawdziwa zabawa zaczęła się dopiero wtedy tak naprawdę… Bo trzeba było założyć firmę, załatwić zdjęcia, redakcję, korektę, projekt graficzny, drukarnię i tysiąc innych rzeczy. Co dla osoby, która określa się mianem człowieka-chaosu, było naprawdę trudne. CHOLERNIE TRUDNE. Nie wiem, ile razy pokłóciłam się w tym czasie z Kajtkiem. Ile razy płakałam i złorzeczyłam światu. Ile razy chciałam rzucić to wszystko w cholerę. Nie wiem, ile razy, ale wiem, że to na pewno wysoka liczba…

Ale udało się. Spełniłam marzenie, które pojawiło się, gdy tylko nauczyłam się pisać. Potrzeba było do tego czasu…. Choć raczej więcej czasu potrzeba było, abym doszła do „swojego” tematu, dojrzała do tego, że to jest naprawdę coś, co kocham i co chcę robić, no i żebym się spięła, aby to faktycznie zrobić… albo żebym znalazła kogoś, kto mnie kopnął motywacyjnie w tyłek, żebym się za to wzięła. Bo samo pisanie książki poszło dość szybko. Cóż, lata praktyki w pisaniu, no i mnóstwo napisanych słów. Tak że miałam już w głowie to wszystko, co chcę napisać. Wystarczyło to uporządkować i uzupełnić.

Premiera – 28 września, to prawie już!

Premiera co prawda jest za 3 dni, ale książka fizycznie już jest. Ja jej jeszcze w rękach nie miałam (a to na zdjęciu to co? atrapa!), ale przyjdzie do mnie lada dzień. Mam nadzieję, że będzie tak idealna, jak idealny był jej projekt, hehe. Mam nadzieję, że wszystkim spodoba się tak jak moim pierwszym recenzentom. Cóż, już w czwartek będzie u pierwszych czytelników… Więc wszystko się okaże. Jestem dobrej myśli, bo jestem pewna, że to dobra rzecz! Teraz tylko sprawa tego, czy i inni się na tym poznają, hehe.

Jeśli chcesz przyłożyć trochę rękę do spełnienia mojego marzenia, to zapraszam do zakupu książki. Zamówienia, które pójdą jeszcze dziś, zapewne jeszcze w tym tygodniu dotrą do adresatów. A jeszcze można skorzystać z przedsprzedażowego rabatu ;)

A jeśli chcesz zbadać grunt i na razie zapoznać się z fragmentem książki, to podaj tutaj swoje dane (podeślę Ci fragment wraz ze wspomnianym wyżej kodem zniżkowym):

Więcej o tym, jak wyglądało pisanie książki i cała logistyka wydawnicza opowiem w czwartek o godzinie 20, na żywo na Facebooku. Mam nadzieję, że będziecie tam ze mną. Jeśli masz jakieś pytania na temat książki – mojej czy w ogóle tego, jak się zabrać za pisanie czy za proces wydawniczy, to napisz je TUTAJ. Odpowiem w czwartek.

*

Podobało się? W takim razie polub mnie na fejsbuku zaobserwuj na bloglovin, aby nie przegapić kolejnych wpisów!